Po długiej przerwie wracam do Pasażeła. Za oknem śnieżyca, w kinie Avatar, w bebzonie dodatkowy kilogram (a może kilka?), a Sylwester jeszcze nie odespany. Ponieważ nowy rok trzeba przywitać hucznie, dlatego mam dla Was wyjątkowo energetyczny numer spod szyldu Jasona Forresta. Nie będę ukrywał, że o samym artyście nie wiem prawie nic i to jest jego jedyny utwór, jaki znam. Nie zmienia to faktu, że chyba nic nie nadaje się lepiej do katowania sąsiadów. Wszystko za sprawą tego motywu opierającego się na basie i tubie czy  czymśtam :D Zawsze słucham tego kawałka jak chcę poskakać po domu jak debil. Do tego jeszcze te solówki na gitarze. Mam nadzieję, że pozytywny przekaz tego utworu udzieli się również Wam.

Zacznę od brutalnego porównania. Przebieg kariery Ryszarda Rynkowskiego jest z grubsza podobny do kariery Stinga. Dlaczego? Sting po odrzuceniu punkrocka zajął się seksem tantrycznym i niesamowicie sennymi piosenkami , podobnie Ryszard Rynkowski rzuciwszy alkohol zajął się nagrywaniem smutnych piosenek dla pań w średnim wieku (wiem bo moja Mama słucha Ryśka). Właśnie za te teksty (i tak pisane przez Jacka Cygana) i senną muzykę nie lubiłem pana Rynkowskiego. Jakie było moje zaskoczenie, gdy słuchając świetnej składanki Pana z nieba pod tytułem “Pozytywne Dwójeczka” ten bas na wejściu do “Ale feeling” wdarł mi się do uszu. Naprawdę żywy wokal i moje ulubione trąbki szybko wywindowały ten właśnie numer na szczyty mojej listy przebojów. Na pewno na uwagę zasługuje również (no właśnie!) tekst. Jakby się wsłuchać, to mówi on generalnie o tym, że zespół czuje się znakomicie. Ja bym się nie doszukiwał głębszych interpretacji (jeszcze stracicie sympatię do tego hitu, a po co?). Kolejną sprawą jest charakterystyczna chrypa Ryśka, tak pożądana przez wielu facetów z powodu jej rzekomych właściwości hipnotycznych na kobiety. Tu jej brak. Niesamowite! Równie niesamowity jest pewien paradoks : ta “w średnim wieku” piosenka Ryśka (razem z zespołem) jest dobra dla młodych ludzi, a “młode” piosenki Ryśka (w wersji solo) są dobre dla ludzi w średnim wieku.

Prócz tego, jakbyście się pytali, nie robiłem analogii stare-młode, bo moja Mama nie jest stara!!!

I jej ten wpis dedykuję :D

To zdjęcie to dowód, że naprawdę wybraliśmy się silnym składem (Danny, Tadek i ja) do Celtic Pubu zobaczyć jak nam wyrasta  hiphopowe podziemie na wybrzeżu. Niestety po tym koncercie brak (z małymi wyjątkami) pozytywnych odczuć. Na scenie byliśmy świadkami pokazu, że prawdziwe ziomalstwo to jaranie blantów i spijanie browarów pod blokiem. Mówiąc w skrócie, w centrum uwagi były te elementy, których nienawidzę w rapie (bo moja miłość do tej muzyki nie jest bezkrytyczna). Moje ulubione zespoły to Kaliber44, Łona/Webber i Afro Kolektyw i ewidentnie było widać, że zaproszeni do Celticu wykonawcy nie słuchali tego samego co ja za młodu. Gdzie jakieś przemyślenia? Gdzie przynajmniej próba skonfrontowania poglądów z odbiorcą?  Mam nadzieję, że ci młodzi wykonawcy zmienią swoje podejście do muzyki i rozwiną też swój flow. Mimo wszystko miło było zobaczyć co się dzieje w gdańskim rapie.

Właśnie dlatego na początek te złe wiadomości w postaci filmów z luźno odzianymi postaciami i kiepskimi bitami w rolach głównych.

Nie chcę Was katować większą ilością takiej muzy, dlatego tylko streszczę koncert. Jedna grupa miała w składzie dziewczynę, która robiła chórki a’la Mezo, inna ekipa niemiłosiernie się darła, jeszcze inny kolo rapował cover Dr Dre. Ten quasi-rap był nie do wytrzymania, dlatego wyszliśmy wcześnie, nie doczekawszy występu Sumy Styli.

Teraz płynne i sprawnie przechodzimy do tej lepszej części eventu. Jest to kolejno : zgrabny beatbox i freestyle z nawijką lepszą niż reszta stada ziomów.

Nie mam tylko filmiku z rapem Sebastiana, a to był człowiek, który podczas koncertu zrymował tylko jedną zwrotkę o tym, że późno wstaje i lubi gotować. Duży plus dla niego za tematykę i na pewno szkoda, że to był jego cały występ.

PS Opuściliśmy lokal Celtic bogatsi o mądrość życiową :

O Tomie Jonesie słyszałem kiedyś, że gdyby zamiast śpiewania zajął się sprzedawaniem bielizny, jaką fanki rzucają mu na scenę, to byłby równie bogaty, co teraz. Trzeba przyznać, że coś w tym jest. W dobie popowych wokalistów, którzy prześcigają się w posiadaniu wyższej barwy głosu, Jones od ponad 40 lat śpiewa głosem raczej niskim. Ale za to jakim! Słuchając dokonań tego artysty nie sposób nie odnieść wrażenia, że jego głos ma siłę huraganu, który swoimi podmuchami rozbiera kobiety przed sceną. Jest to przykład faceta, który potrafi robić porządną muzykę od wielu lat. Przepis jest prosty : dobry bas – co daje nutkę funku, trochę  ostrej, energetycznej sekcji instrumentów dętych, lub bardzo nastrojowych smyczkowych i teksty o kobietach. Wszystkie te elementy łączą się w smakowity cocktail erotyzmu, miłości i pożądania. Jeżeli nazwać muzykę Toma Jonesa popem, to jest to pop unoszący się ponad całą resztą przedstawicieli tego gatunku.

Akurat ta piosenka jest trochę poważniejsza niż inne z jego repertuaru  i nie wiedzieć czemu przypomina mi niektóre kawałki Jamesa Browna. Na pewno Toma Jonesa znać należy, bo to jest obecnie żyjąca legenda muzyki popularnej, wszystkie jego “Greatest hits” to imponujące zbiory najlepszych dokonań tego pana, zaś najnowszy krążek – “24 hours” pokazuje, że mistrz jest w świetnej formie.

Słuchając trzymajcie mocno ubrania!

Drobne opóźnienie ściśle związane  z lenistwem, no ale jestem. Dzisiaj coś takiego nastrojowego, chilloutowego ale z drugiej strony o tłustym, funkowym zabarwieniu. Ścieżka dźwiękowa połączona z bardzo oryginalnym wokalem, wykonywanym przez dwie, trzy osoby naraz daje w efekcie piosenki, które ciężko mi porównać do czegokolwiek. Jak dla mnie jest to muzyka, która stwarza dobre tło do rozmowy i sheeshy. Oryginalność brzmienia The Sa-Ra powoduje, że nie wszystkim może ta muzyka przypaść do gustu. Sam o tym wiem, bo próbowałem słuchać ich kawałków w samochodzie i stwierdzam, że wtedy te piosenki są wyjątkowo drażniące. Tymczasem po długiej imprezie, dzisiaj o 14 rano bardzo uprzyjemniają mi pisanie tego posta. Utwór “Bitch baby”, który dziś wybrałem do wpisu wydaje się najbardziej uniwersalny, jeśli tak mogę nazwać “zdolność” piosenki do “wpasowania” się w nasze gusta muzyczne. Sam jestem bardzo ciekaw Waszych reakcji na “Bitch baby” i nie mogę się doczekać komentarzy.

Miłego sobotniego chillu.

Link do portalu wrzuta – tylko tak można tej piosenki posłuchać

Dziś rozpoczął się wspaniały miesiąc grudzień, wspaniały, bo obfitujący w święta. Przykładowo : podczas zimowego przesilenia (21-22 grudnia) Słowianie świętują to, że Swaróg – bóg słońca odzyskuje panowanie nad światem (czyli dni stają się dłuższe), Rzymianie również czczą słońce, ale 25. grudnia, mniej więcej w tym czasie część świata (całkiem spora) czci przyjście na świat Jezusa. Najbardziej popularne stało się jednak święto dekorowania choinki i wrzucania pod nią prezentów, a także odkrywania na nowo ile zmieści się w naszych żołądkach. Ja też nerwowo odliczam dni do tej pięknej chwili, gdy wleję w siebie niebotyczną ilość barszczu z pierogami. Zanim jednak te 23 dni miną, to zdążymy mieć po uszy kolęd lecących w radiu, bijącego po oczach blasku wszechobecnych dekoracji świątecznych i ciągłych promocji w sklepach. Dlatego w grudniu rozpoczynam MIESIĄC RADOSNEJ I IMPREZOWEJ MUZY! Właściwie chciałem napisać, że to będzie miesiąc funku, ale po skomponowaniu harmonogramu na ten miesiąc wyszło na to, że tyle funky muzy tam nie będzie.

Nevertheless, oto kawałek, który ładnie i energicznie odliczy nam start tego zacnego pasma. Nie powiem nic więcej, bo wystarczająco dużo nabazgrałem powyżej i zaczynam pisać od rzeczy.

Tańczymy wszyscy!

PS Obiecuję się poprawić następnym razem.

Szczerze powiedziawszy długo zastanawiałem się czy w tym poście pójść na łatwiznę i wrzucić więcej Małpy czy dać Wam właśnie Łonę. Jak widzicie moje rozterki trwały aż do tak późno-popołudniowej godziny i padło na nowości. Mimo wszystko czuję, że z Małpą jeszcze się spotkamy.

A teraz Łona. Jak już mówiłem, ten szczeciński raper jest w moim raperskim panteonie i to na bardzo wysokiej pozycji. Kolejne płyty pokazują jak  dojrzewa jego styl, swoje przemyślane słowa rzuca do coraz lepszych beatów. Adamowi Zielińskiemu również się spoważniało, od tych otwartych żartów i szalonych sytuacji z płyty “Koniec Żartów” [sic!] przeszedł w dobre miastowe klimaty (płyta “Insert” EP), żarty zostały zatopione w dobrze zrymowanym tekście skłaniającym do przemyśleń. Liczne odwołania do literatury czy innych wykonawców chyba ostatecznie zrywają z wizerunkiem rapera jako niedouczonego wyrzutka społeczeństwa (jeśli macie jakieś wątpliwości to posłuchajcie jeszcze numeru “Hip hop non stop” z płyty “Koniec Żartów”). Oczywiście z niecierpliwością czekam na kolejne tracki teamu Łona & Webber i może jakiś koncercik w Trójmieście.

Łona & The Pimps – Bumbox

Jeszcze taka szybka aktualka! Łona od pewnego czasu współpracuje z zespołem The Pimps, nawet jakoś w grudniu będzie ich koncert unplugged w Szczecinie.

Uzupełniając wpis znajdujący się u góry dodaję piosenkę intertekstualną na wskroś. Kolejnym smaczkiem jest właśnie kapela The Pimps, bo przyznam się bez bicia, że beat w oryginalnym nagraniu Łona & Webber na kolana nie powalał , a tutaj dochodzi jeszcze fajniutki klip nagrany wg informacji z dobrzewiesz na ładnym kacu.

Chill! Weekend’s comin’

Totalna świeżynka! Sam ledwie zdążyłem przesłuchać część płyty, rzecz jasna z naciskiem na “5 Element”. Na wstępie wielkie dzięki Pablo za ten track. Po Łonie, Fiszu, OSTRym, Afro Kolektywie i może jeszcze kimś nie słyszałem takiej rozkminy, jaką prezentuje małpa. Do tego dochodzi świetny beat, przywołujący nie wiedzieć czemu miastowe klimaty i dobrze polepiony nie tylko z innych utworów rapowych (np. w numerze “Męczennik” na początku sample są z utwory Cream – “White Room”). Bardzo dobry flow Małpy zasługuje na szacunek, w jego słowach słychać autentyczność i dojrzałość, a to za sprawą jego wcześniejszej obecności na scenie muzycznej z Jinxem jako skład Proximite. Bardziej znany jest w okolicach Torunia, a szczególnie jego podziemnej sceny. Nic dziwnego, że był dla mnie przez tyle czasu bezimienny. Szczerze powiedziawszy pisząc ten tekst cały czas doczytuję informacje na temat tego człowieka, także z góry przepraszam za wszelkie niedopowiedzenia w tym wpisie. Na pewno wielki szacun dla Małpy, bo to jest dla mnie prawdziwa zajawa na dobry chill po robocie.

Teraz coś na poważnie, ale prosto z najwyższej półki! Afro Kolektyw jest, według mnie, jeśli nie na szczycie to zaraz pod polskiego hiphopu. Za ich kunsztem przemawia nie tylko to, że grają na żywo na instrumentach, (tak jak The Roots, lub OSTR na koncertach z grupą SOFA) ale również za teksty. Nawijka Afrojaxa jest cięta i piekielnie inteligentna. Ktoś kiedyś sprytnie napisał, że styl Afro Kolektywu jest anty-bragga (czyli anty-przechwałkowy) i coś w tym jest. Akurat w tej piosence możemy usłyszeć negatywny opis facetów (napisany przez faceta [sic!]), ale można też dostrzec odwołania do wygórowanych oczekiwań płci pięknej i jej uprzedzeń do panów. Jednym słowem cały przekrój kontaktów damsko-męskich na dyskotekach. A to nie wszystko! Kolektyw rymuje również o gwiazdorstwie, szeroko pojętych problemach społecznych, kondycji polskiej sceny muzycznej, a nawet filozoficznie rozkminia zawiłości życia. Wystarczy się tylko wsłuchać! Polecam oczywiście “Połącz kropki” (ten utwór jest właśnie z tej płyty) i “Czarno widzę”, jest jeszcze “Płyta Pilśniowa”, ale jej nie słuchałem. Życzę miłego odbioru audiowizualnego.

Z jakiegoś debilnego powodu jest cenzura w dwóch miejscach – oto pełne wersy gdzie wystąpiła

1.  “Zeżarłem, zapiłem, chcę zakoitować (nie ma tego w słowniku PWN, nie wiem co to znaczy UPDATE 21.11.09 : już wiemy co to znaczy – vide komentarze)
Zjedź mojego człona wiesz, nie odrzucaj mnie jak Mensa”

2. “Zobacz jak w tańcu frykcyjnie się ruszam,
Na balu przebierańców przebrałbym się za Fallusa”

Prezentuję Wam oszołoma, który nie bawi się w wyważone, delikatne beaty. Jego muzykę (szczególnie z najnowszego albumu “Tongue and cheek”, z którego pochodzi ta piosenka)  najtrafniej opisuje nazwa club-rap. Nie jest to typowy bauns, tylko hybryda house i electro z rapem. Dodajmy do tego bardzo pokręcony flow za specyficzną wymową kolesia z Wysp i jak dla mnie mamy hicior. O ile pierwsze dwie płyty Dizzee przeszły bez echa poza UK, to poprzednia “Maths + english” już zbliżała się do ostatniego szczebla “ewolucji” czyli “Tongue and cheek”. Duże uznanie za wyznaczanie nowych trendów.

PS Nowy nagłówek, IMO bardzie oddający klimat strony.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.